/swojana/

niedziela, 22 listopada 2015

Kartki z podróży - o powrotach do domu wyjętych z książek Jonathana Carolla

Gdyby tak zadać pytanie, czy życie bywa czeską komedią...
Sopot. Radosny powrót do domu przez tę słynną w Polsce, turystyczną oazę letnich rozrywek i kuracyjnych przyjemności. Nastroje ambiwalentne (znamy wszyscy kawał o teściowej) - przeczucie nadchodzącej weekendowej lekkości, ale i ciężar zmęczenia po żmudnym tygodniu pracy. Wydaje się, że nic już człowieka nie zaskoczy, nie powali, bo wszystko jest takie jakie jest (tu celowo używam pleonazmu, jako zabawki:), ale i dla podkreślenia pewnej uporczywej ciągłości i powtarzalności ). 
To mylne wrażenie. Oto powłócząc nogami w jedynym słusznym kierunku przystanku skm, spotykamy  niespodziewanie Pana Jogina, który w szerokim rozkroku, twardo stojąc na chudych, bladych nóżkach dokonuje cudownej żonglerki piłeczką golfową śmigającą pośród zapadających ciemności. Co więcej, Pan Jogin, zarośnięty brązowym włosiem w górnych partiach, z wełnianą dzierganą ręcznie czapeczką osłaniającą ukryty pod czaszką mózg, jest posiadaczem najpiękniejszych spodenek gimnastycznych rodem z lekcji WF z czasów PRL-u!  Ów widok paraliżuje na chwilę mój wzrok, a ciało tężeje w niemym zaskoczeniu. Wystarczy jeszcze rzut okiem na równie skamieniałą twarz towarzyszącej mi koleżanki KQ, a potem zaczynamy równocześnie  drgać w radosnym, pozbawionym kontroli, rechocie.
Czy ON istnieje naprawdę? Czy ON to tylko wymysł naszych umęczonych zmysłów? Nie! ON jest realny, choć trudno w to uwierzyć. ON jest lekarstwem na piątkową, listopadową, jesienną melancholię. Rzeczywistość próbuje uśpić nasza czujność monotonią, ale świat  pod cieniutkim spłachetkiem lichości, skrywa bogactwa i kolory - tym razem w peerelowskich spodenkach o twarzy Jogina. Teraz już niemal pewne...jak u Jonathana Carolla psy mogą gadać ludzkim głosem, sny przeplatają się z jawą, to co realne z nadprzyrodzonym...Żyjmy!
Na peron wjeżdża żółto-niebieska kolejka, która zabiera nas do domu:)     

poniedziałek, 16 listopada 2015

16 urodziny Jana


Zadziwiające - mam 16 - letniego syna:) Przypuszczalnie narodził się, gdy byłam jeszcze dziewczęciem:)  Pragnęłabym, by wersja związana z moim wczesnym macierzyństwem  stała się oficjalną i została potraktowana jako rodzinna skłonność:) Przypomnijmy sobie rodzinną powiastkę o 14 - letniej praprababce, która szła za mąż na Kielocha, który przekroczył już 40 - stkę! 
Zgodnie z tą teorią jestem aktualnie 30 - letnią kobietą:) 

 



 

niedziela, 11 października 2015

Kartki z podróży - O Panu Unisexie i szeptanych wyznaniach



Zazwyczaj chwalę sobie powroty skm-ką. Zdarza się co prawda, że jest tak tłoczno, że mimo woli zostaję sprasowana z przypadkowym pasażerem. Oczywiście, jeśli jest to pachnący młodzieniec (mam na myśli młodzieńców powyżej 30 a poniżej 50 roku życia),  jakoś to znoszę. Młodzieńcy niepachnący a przyklejeni bezlitosną masa ludzką, są przykrą dolegliwością. Warto wtedy pomyśleć, że jest to  ćwiczenie kształtujące charakter i wytrzymałość, po którym świat wyda nam się piękniejszy. O wiele piękniejszy, niż zazwyczaj. Nie o młodzieńcach jednak chciałam…
Nie tak dawno odbywałam podróż powrotną do domu zagłębiając się z zainteresowaniem w lekturę. Wagon pełen ludzi, ale znalazłam miejsce na niewielkim podeście pod  hakami na rowery. Przysiadłam w bezpośrednim sąsiedztwie Pana (jak się później okazało) Unisexa. Jego długie blond włosy opadały wdzięcznymi kaskadami za ramiona, a czoło spowite było równo przyciętą grzywką (wyobraziłam sobie od razu te sznurki, które rozciąga się między palikami, aby wytyczyć równe grządki w ogrodzie). Na zębach Pana Unisexa połyskiwał srebrem aparat ortodontyczny, a na palcu skrzył się pierścień z olbrzymim sercem.  Młodzieniec ubrany był w ciemne, wąskie spodnie i ciemną kurtkę. Na kolanach trzymał książkę o intelecie i emocjach, ale nie pamiętam tytułu. I pewnie nie zwróciłabym na niego uwagi, gdyby moje ucho nie wyłowiło szeptu, który wsączał w słuchawkę telefonu komórkowego. Wiem, nieładnie jest podsłuchiwać, ale  niepodsłuchiwanie było niemożliwe.
„ Jestem z Topą, słysys? Mówię do Cepe, jestem s Topom, cały cas… słucham Cepe…” –szept Pana Unisexa był na tyle głośny, że rozbrzmiewał wyraźnie pośród zmęczonych pracą, smutnych i milczących twarzy. Najpierw myślałam, że się przesłyszałam, ale gdy ponawiał  swe wyznania wypowiadając je w ów specyficzny, sepleniący sposób, nie potrafiłam już skupiać się na książce… Najgorsze stało się jednak później. Pan Unisex zaczął czytać głośno fragmenty swojej lektury o emocjach i intelekcie: „.. pa-ta-nia, któ-re psze-pro-fa-co-no na psach u-to-fo-tni-ły, sze psy szy-ją-ce w sta-cie….” – jego skandujący, nieco bezdźwięczny głos o wysokiej barwie rozległ się  z mocą, dobiegając do wielu obcych uszu. Pan Unisex nie zważał na  współpasażerów prowadząc swój intymny dialog z osobą po drugiej stronie słuchawki. Wystarczyło, że spojrzałam na miny dwóch Pań Studentek, by umrzeć po stokroć. Napięcie dramatycznie wzrosło, kiedy nasz wagon wzbogacił Pan Windows. Wkroczył energicznie do przedziału i otwierając w czasie jazdy pociągu wszystkie okna po kolei, wystawiał głowę na zewnątrz i mówił: „Ale wiatr, ale wiatr!”, po czym energicznie zatrzaskiwał okno. To samo uczynił ze wszystkimi oknami w tym wagonie.
Jak to zwykle bywa, zmuszona byłam wysiąść w najciekawszym momencie. Młody Pan Komentator, bo taki również wysiadał z przedziału, popatrzył na moją głupią minę i powiedział: „Na świecie jest pełno świrów!”, a ja pomyślałam o domu, kawie i pognałam zostawiając za sobą tych wszystkich Panów. Zaryzykowałabym stwierdzenie…”niech pierwszy  rzuci w kogo kamieniem, ten który nie ma w sobie choć odrobiny szaleństwa...:”
Na przykład taka Kuzynka Danasia…, ale to już sprawa na odrębną opowieść...:)

niedziela, 20 września 2015

Bułeczki z cynamonem

Zachciewajki..., co prawda nie ciążowe (na oddziale geriatrycznym nie bywa:), ale równie intensywne i nagłe.
Szwedzkie bułeczki wg przepisu z Mirabelkowego Blogu. Już kiedyś je piekłam, ale teraz komisyjnie stwierdzam, a w Komisji zasiadam ja, ja i ja, że ten przepis jest najbardziej udany:)


Składniki na około 25 bułeczek
Ciasto:
40 dag mąki
2,5 dag drożdży
250 ml ciepłego mleka
5 dag cukru
100 g roztopionego masła
szczypta soli
1 łyżeczka mielonego kardamonu

Nadzienie:
 100 g masła
10 dag cukru
2 łyżki cynamonu

Oprócz tego do wykończenia: roztrzepane jajko i gruby cukier - rafinada do posypania.

Mleko podgrzać lekko, rozpuścić w nim  drożdże, dodać roztopione masło, cukier, sól, kardamon i mąkę.Wyrobić ręką tak by odchodziło od miski. Odstawić na minimum pół godziny, tak by podwoiło objętość. Po upływie tego czasu zagnieść krótko jeszcze raz i dać mu "odpocząć". Rozwałkować na prostokąt o długości ok. 60 cm i szerokości 20 cm. Rozsmarować  nadzienie (rozmieszane masło z cynamonem i cukrem) tak, by przy dłuższym boku zostawić margines ok.2-3 cm. Zwinąć ciasto wzdłuż dłuższego boku (tego bez marginesu). Margines bez nadzienia posmarować roztrzepanym jajkiem, żeby się lepiej skleiło. Kroić rulon w równe kawałeczki (2-3 cm). Układać na papierze do pieczenia zachowując odstępy i poprawiając ich kształt. Zostawić na pół godziny, by podrosły, a potem posmarować roztrzepanym jajkiem i posypać grubym cukrem.
Piec 7 minut w temperaturze  250 C.

niedziela, 13 września 2015

Ach, babeczki...


Nowa kuchenka (właśnie przyszło mi do głowy, że ja chyba nigdy wcześniej nie miałam NOWEJ kuchenki) marki Gorenje, domagała się testu piekarniczego. Postanowiłam więc zerknąć na Moje Wypieki, bo tam zawsze pomysły są niebanalne a efekty niezawodne.  Piekę zawsze to, na co przyjdzie mi ochota, by to natychmiast skosztować. Tym razem natknęłam się na babeczki.

Ciasto:

110 dkg masła 
pół szklanki cukru
dwa duże jajka
20 dkg mąki
pół szklanki maślanki lub kefiru
pół łyżeczki sody
łyżeczka proszku do pieczenia
łyżeczka aromatu waniliowego+ skórka z połówki cytryny

Krem: 

500 ml śmietany kremówki 36 % Łowicz
dwie łyżki cukru pudru 
5 dag płatków kwiatowych hibiskusa (herbata)

Masło miksować z cukrem aż do uzyskania białej kremowej masy. Dodawać po jednym jajku. Na końcu dodać aromat waniliowy i świeżo potartą skórkę cytrynową. 
Uwaga! Teraz najmniejsze obroty miksera!
Stopniowo wsypywać przesianą mąkę z dodatkiem proszku i sody na zmianę z maślanką.
Wypełnić papierowe papilotki włożone w babeczkowe foremki do wysokości 3/4. Piec ok. 30 minut w 160 st. C bez termoobiegu. Po wyjęciu wystudzić na kratce. Wydrążyć dziurkę i włożyć łyżeczką dżem malinowy. Nałożyć wyciętą pokrywkę z ciasta.


Kremówkę zagotować w rondelku i wsypać do niej płatki hibiskusa, które od razu zafarbują ją na piękny, intensywny różowy kolor.  Przykryć i odstawić na godzinę. Przecedzić przez sitko i wyrzucić zużyte kwiatki. Śmietanę wystudzić i wstawić do lodówki (autorka radzi wstawić na całą noc, ale ja wstawiłam na chwilę, czego trochę żałowałam, bo ubiłaby się pewnie piękniej, a tak miała tylko charakter pysznego sosu).

niedziela, 6 września 2015

W mordę lać o świcie...:)


"Porządna książka nie jest po to, aby czytelnik mógł łatwiej usnąć, ale żeby musiał wyskoczyć z łóżka i tak jak stoi, w bieliźnie, pobiec do pana literata i sprać go po pysku." 
B. Hrabal:)


Wnioskuję, iż Bohumil chciał przez to powiedzieć, że czytaniu muszą towarzyszyć emocje, wszystko jedno, czy skrajna radość, spokojne uniesienie, subtelna melancholia, bezbrzeżny smutek, czy też rozpychająca się, wściekłość. Pewną drogą książki na śmierć przez zapomnienie jest obojętność czytelnika...

Ostatnio przeczytałam warte polecenia:
"Upadek gigantów" (cz.1)
"Zimę stulecia"(cz.2) Kena Folletta, przymierzam się do dwóch kolejnych tomów.
Jestem w trakcie czytania kryminału"Wołanie kukułki" Roberta Galbraight'a (ha! dobrze, że dopiero po trzydziestu stronach zorientowałam się, że ten Robert G. to pseudonim literacki J.K.Rowling, autorki Harrego Pottera, bo pewnie bym nie raczyła się uraczyć:) 
W kolejce czeka też kolejna książka doskonałego, zwłaszcza dla miłośników historii ojczystej, Witolda Jabłońskiego, pt."Słowo i miecz (rzecz dotyczy początków Piastów, fabuła dwutorowa, przedstawiająca dwa równoległe światy - prasłowiańskich bogów i ludzi. Warto dodać, że czterotomowa seria tego właśnie Witolda, z cyklu "Gwiazda Wenus, Gwiazda Lucyfer" inspirowana losami czarnoksiężnika Witelona żyjącego faktycznie w czasach rozbicia dzielnicowego, niezwykle wciągająca, wspaniale skomponowana, bogata w szczegóły, zniewalająca(!), wywołała spore kontrowersje wśród krytyków. Słychać było głosy dotyczące promowania satanizmu, czarnej magii, homoseksualizmu...
Od razu przypomniały mi się czasy, gdy na rynku czytelniczym pojawił się Harry Potter;) 
Tymczasem autor, mowa o Panu Jabłońskim,  spędził kilkanaście lat na studiowaniu źródeł historycznych i skorzystał z pomocy wielu znamienitych historyków, aby możliwie wiernie odtworzyć postać wybitnego, kierującego się własną filozofią, intelektualisty, traktującego moralność na swój indywidualny sposób. Zachwyciła mnie dbałość o szczegóły i prawdę historyczną tam, gdzie w powieści było to możliwe. Ciągły dreszcz emocji, oczekiwanie na rozwój wypadków, to wszystko uczyniło ze mnie niewolnicę autora, póki nie nastąpił koniec Witelona:) Czterotomowy cykl Jabłońskiego uważam za absolutnie genialny, do dziś zajmuje on pierwszą pozycję na mojej liście czytelniczej obok "Podróży z Herodotem" Ryszarda Kapuścińskiego. Dlatego czekam na każdą jego propozycję, książkową oczywiście:) Pana Jabłońskiego, oczywiście, bo Ryszard tworzy już na niebieskich pastwiskach i wie to, czego my jeszcze nie znamy.Amen.


poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Historia stara jak świat...

 
Kiedy mój wspaniały Kuzyn Jacenty studiował w Krakowie, a było to jeszcze w XX wieku, opowiadał niezwykłą historyjkę serwowaną przez studentów, którzy jak wiadomo są najbardziej twórczą grupą społeczną:) Rzecz dotyczy pomnika Adama Mickiewicza znajdującego się przed Sukiennicami. Otóż jedna z postaci siedzących u stóp słynnego Adama miała mówić tak (niezwykle istotne jest, by zwrócić uwagę na gesty wykonywane przez naszych kamiennych bohaterów):



- Coś tu śmierdzi...
 - To nie ja!
 - Ani ja!!!
                                                                      -To Adam!

Jak to miło, że Adam okazał się postacią tak samo ludzką jak my, inni śmiertelnicy;)

czwartek, 30 lipca 2015

Z Listów Władzia do Marysi - intymnie...

Pogórz, 30.VII.1939.

    Najdroższa Marysiu, 
         O jak przyjemnie jest nam czasem Marysiu, jak miło czasem człowiekowi na świecie. Są chwile, że ciężko i smutne wydaje się życie - ale nie zawsze! Nasze młode lata same wskazują, że to co obecnie przezywamy, te wzajemne serdeczne uczucia jakie nas wiążą to już nie chwilowa, przemijająca złuda ale to coś większego, coś naprawdę pięknego, do prawdziwego szczęścia podobnego.
         Minął mój krótki urlop, minęły chwile, które sobie planowałem jako czas wyłącznie dla nas Maniu przeznaczony. I czy stało się wszystko według mej myśli? Tak Marysiu! Na pewno nigdy nie zapomnę tego ostatniego urlopu w wojsku, nie zapomnę tych naszych wzajemnych szczerych wyznań. Brak nam było może niejednokrotnie słów by powiedzieć sobie co serca nasze czuły - najwięcej jednak powiedziała mi twoja, zawsze tajemnicza i dlatego tym milsza i weselsza buzia.Gdy popatrzałem na Ciebie Maniu sumienie zda się mi  mówiło: To jest twoja najdroższa, jedyna istota na której nigdy się nie zawiedziesz która tylko twoje dobro ma na myśli" I napewno nie pomyliłem się Maryśko, nie - choćby inni inaczej myśleli!Bo prawdziwa miłość nigdy się nie może rozluźnić. Mówią niektórzy, ze człowiek tylko raz w życiu może kochać kogoś, kochać całą dusz bez zastrzeżeń - czy to prawda Marysiu? Możemy powiedzieć, że tak jest zawsze (a może Ty inaczej sądzisz? Znam Maniu ludzi, raczej jedna rodzinę, której się dobrze powodzi. On pracuje, zarabia jak na dzisiejsze stosunki bardzo dużo, mają tylko dwoje dzieci...ale właśnie te dwojga niewinnych dzieci! Pobrali się przed dwoma laty, ale nie związały ich nici miłości wzajemnej, pobrali się tylko, aby ułatwiać sobie życie. Bo ona mając lat 20 kochała, szalenie pokochała pewnego również młodego człowieka. On ją kochał jednak nieszczerze - nie dość na tym. Jego raczej kierowała względem niej zbyt płytka miłość, miłość, miłość przyziemna.Skończyło się na tym, że wkońcu zadrwił sobie z dziewczyny, porzucił i zapomniał. O nie - zapomnieć nie mógł, pozostała dziewczynka (dziś ma już 8 lat, której nie wyrzeknie się jako prawowity ojciec, która przypominać im będzie ich niecną przyjaźń). No, ale ona znalazła drugiego sobie oddanego przyjaciela, niestety wdowca. Czyż można tu było mówić o miłości. Najlepszy dowód, że gdy ostatnio u nas była, mówiła, że ma się dobrze, nic jej nie brakuje ale mimo to nie czuje się szczęśliwa, czasem opanuje ją jakaś nieokreślona tęsknota....i na tym się kończy.
        Maryśko, pozostań zawsze mi taka, jaka bez wątpienia jesteś mi teraz. Możesz mi zaufać bez najmniejszej obawy. Ja o Tobie nigdy nie zapomnę, bo Ciebie tylko kocham, bez Ciebie smutno było by mi na ziemi. Podczas zeszłego tygodnia rozmawialiśmy prawie każde przed połódnie z sobą  - ale mnie to już jak gdyby było mi za mało i cieszyłem się bardzo, ze mogłem iść po Ciebie, kiedy Ty wracałaś z pracy. Ale to wszystko trwało tylko parę dni. Gdy żegnałem się z Tobą było mi tak smutno jak jeszcze nigdy. Jeszcze raz potem zobaczyliśmy ale to już tak przelotnie - oddałem Ci tylko Twój pamiętnik....
       Dziś znów jestem przy swych zajęciach, które nie wydają mi się wcale ciężkie, bo gdy smutno mi,  wspomnę sobie o Ciebie, najdroższa moja Maniu, myśli moje są stale przy Tobie i jak błogo mi dlatego na duszy - o, nie masz napewno Marysiu wyobrażenia jak cieszy mnie życie!
        Przebywam obecnie Maniu nie w Cieszynie (choć adresuje się na Cieszyn) lecz bliżej Bielska w Pogórzu pod Skoczowem. Będę mógł tez częściej być teraz u Ciebie Maniu ale to nic nie szkodzi bym miał do Ciebie małą propozycję: czy mogłabyś mnie odwiedzić w niedzielę? Mogłabyś przyjechać albo pociągiem albo autobusem (autobus podjeżdża pod samą szkołę, gdzie jesteśmy) albo rowerem. Jeśli tym ostatnim to pojechałabyś razem z moim kuzynem Jankiem (dałbym mu zaraz znać). czas przyjazdu pozostawiam Maniu dla Ciebie zaś miejsce spotkania to najlepiej było by przy kościele w Grodźcu, gdzie chodzimy na mszę św. Odprawia się tam o 8 - godz i 10 - tej. Bylibyśmy tu więc Maniu na nabożeństwie a potem  - czas do własnej dyspozycji. A może nawet zabawilibyśmy się Maniu na dożynkach, które zapowiadają się bardzo okazale: maja to być dożynki z całego okręgu. czy będziesz mogła sprawić mi Maniu zadość swemi odwiedzinami?  Gdyby jednak trudno Ci  to było urzeczywistnić to nie martw się, że będę się na Ciebie gniewać, bo wiem, że nie uczyniłaś tego ze złej woli do mnie. Odpisz mi Maniu zaraz, zdecyduj się, a jeśli skorzystasz z mego zaproszenia to będę Ci niezmiernie wdzięczny...bo wierz mi Marysiu, że smutno mi bez Ciebie upływa niedziela. Jeśli przyjedziesz Maniu i i odpiszesz mi to Ci jeszcze raz w tym tygodniu podam dokładne wskazówki. Więc postaraj się Maryśko!
          A u Ciebie co nowego po moim odjeździe, czy tęsknisz choć troszkę za Twoim Władkiem. Maniu - pamiętaj, ze by tęsknić nie trzeba do tego koniecznie....czegoś romantycznego.
     Na tym kończę na dzisiej Marysiu, już dziś cieszę się, że znów się zobaczymy i dużo sobie opowiemy. Przyjm odemnie serdeczne pozdrowienia - mocny uścisk dłoni i "sto utęsknionych" całusów

Chowaj się zdrowo Marysiu
Twój nazawsze Władek

Pozdrowienia oraz szczere podziękowania za ostatnie przyjęcie dla rodziców.
[pisowania zgodna z oryginałem - przyp.swojana]











wtorek, 28 lipca 2015

Z listów Władzia do Mani - wspominki listopadowe...

Cieszyn 11.XI.1938r.

      "Kochana Maniu,
Za list i pozdrowienia bardzo Ci Maniu dziękuję. Dzień Wszystkich Świętych, który spędziłaś na pięknie udekorowanym  cmentarzu dziedzickim także i ja spędziłem miło, choć może myślami byłem  wśród swoich siostrzyczek, które aż trzy mamy spoczywające w gróbkach na cmentarz, wspominałem swych kolegów, z których jeden w zeszłym dopiero roku znalazł się w ojczyźnie umarłych, przed oczyma stanęła mi milutka postać Helki Góreckiej z którą spędzałem me dziecinne lata i tak wiele mi drogich osób stanęło żywo w mej wyobraźni, że [nieczytelny fragment na zgięciu listu - przyp.B.M]... uznałem potęgę(?) śmierci. 
Jak niezliczone groby żołnierskie zalegające rozległy cmentarz cieszyński przybrał kwiecisty obraz. Byliśmy po połódniu oddać cześć poległym w obronie ojczyzny - śpiewaliśmy (t.zn. chór naszej szkoły) wzruszającą melodię pieśni "W mogile ciemnej", ksiądz kapelan wygłosił podniosłe kazanie i trzy - minutowym milczeniem pożegnaliśmy swoich kolegów odeszłych w zaświaty".

  
[Śpiewnik strzelecki szkoły junaka: dla organizacyj przysposobienia wojskowego]

W mogile ciemnej

W mogile ciemnej śpisz na wieki,
Wieczny sen zamknął twe powieki,
Więc Cię nam trzeba żegnać łzą,
Bo uleciałeś w kraj daleki
Za tobą bracia modły dziś ślą!
Na krótki czas, na krótki,
Ach żegnaj nam, ach żegnaj,
Bo i tam Bóg powoła, powoła nas!
Na krótki czas, ach, żegnaj nam
Bo i nas Bóg powoła, ach tam!
Przed Boski tron ślemy modły
Za Tobą, ślemy wieczny,
Wieczny pokój niech ci da
A że okryłeś nam serca żałobą,
Świadczy o tem łza, ach ta łza!
"A dziś? Dziś obchodziliśmy radosną uroczystość 20 - lecia Niepodl.Polski, połączoną z żywiołową manifestację na uczczenie ziemi Zaodrzańskiej, która przed kilkoma zaledwie tygodniami powróciła na łono swej macierzy. Mówię Ci Maniu tak wielkiej i pięknej uroczystości dawno już nie widziałem. Już od tygodnia przygotowywaliśmy się do defilady, która w dniu dzisiejszym zamieniła się w potężną rewię wojska. Muszę Ci się pochwalić, że nasz Kurs godnie się (według opinii naszych przełożonych) w defiladzie zaprezentował. Defilada miała charakter tym wznioślejszy, że odbierał ją sam prezydent wraz z najwyższymi dostojnikami Polski. Nic też dziwnego, ze gromkim okrzykom publiczności nie było końca (może słyszałaś coś przez radio). Mnie najbardziej zaimponowały orkiestry wojskowe, które kolejno zmieniały miejsce przed trybuną. Energiczny i równy krok piechoty z podniesionymi na karabinach bagnetami, szybko lotna kawaleria przy dźwiękach pochopnej muzyki wojskowej przesunęła się przed trybuną jak widmo... i znikło? Takich momentów nie zapomina się prędko.
       A Ty brałaś na defiladzie udział? Lecz przeszedł 11 - listopad, przeszło nasze święto i znów trzeba zabrać się normalnych, codziennych zajęć.Jednak już teraz oczekujemy nowej uroczystości, uroczystości dotyczącej wyłącznie naszej szkoły, zbliża się bowiem dzień przysięgi, która na podchorążówce ma szczególnie podniosły charakter. Już teraz jednym z najaktualniejszych tematów rozmów jest właśnie 29-listopad, przysięga, defilada, obiad wraz z zaproszonymi gośćmi, później akademia no i zabawa towarzyska. Pyszny program Maniu, prawda?To jednak nie wszystko, na co się już dziś cieszymy.Najważniejsze jest bowiem to, że z dniem przysięgi kończy się nasz upośledzony okres rekrucki, z dniem przysięgi przestajemy być już więźniami koszar, gdyż będziemy mieli wolne wyjście na miasto a nawet do domu przyjechać... i z Tobą się Maniu będę mógł zobaczyć.Nie dziwisz się więc, że oczekiwanie przysięgi ma uzasadnione przyczyny. 
       No ale jeszcze dwa tygodnie!...
I co Ci Maniu jeszcze mam napisać?Moze to, że mam często piękny (oryg.pis. - B.M) sny. Nieraz znajduję się w domu wśród najbliższych, czasem jestem w kościele i kancelarii parafialnej,  najczęściej jednak bawię wśród swych kolegów i koleżanek. Jedno mnie bardzo dziwi, że nie ma prawie nocy, by coś z tego gatunku się nie śniło... zresztą cieszy mnie to bardzo.Przed dwoma dniami rozmawiałem z Tobą Maniu i wiesz co? w czasie najżywszej rozmowy zatrąbił trębacz pobudkę... - by to chyba cholera wzięła a trębacza piorun trzasnął - pomyślałem i ciężko powstałem z łóżka.
     Lecz o jednym był bym zapomniał - o tym zagadkowym koledze z poczty. Zdaje mi się Maniu, że ten kolega to jakiś bęcwał z pierwszej klasy, o którym ja przynajmniej nie wiem a który w bezczelny sposób chciał Cię podchwycić w rozmowie.Pytałem się Władka Maśki, czy przypadkiem nie zna kogoś  "z naszych", co dostał posadę na poczcie - odpowiedział mi, ze pracuje tam jeden z naszego gimnazjum, ale ten nie zdał jeszcze nigdzie matury a co do mnie, to miałem bardzo mało z nim styczności. Zresztą ten (Biedroński) gdyby to był to rzeczywiście dziwo - bo gdzież taka flegma i niedorajda mógłby do panny tak mile i czułostkowo podchodzić. No ale w każdym razie Ty Maniu z ta handlową go nabrałaś (Ty Maniu jednak umiesz na poczekaniu z "cyganić") - pamiętasz jak raz mnie coś podobnego od Ciebie spotkało! Nie myśl, że biorę Ci to za złe, przeciwnie cieszę się, że wiesz kiedy, jak i co można a co nie można.-

         Kończąc swój nieudany list (pod wpływem dźwięku w uszach z minionej defilady zasyłam Ci i Twym najbliższym wiele serdeczności.
        Bądź zdrowa i napisz Maniu zdrowy t.zn. długi list, bo głupio mi jakoś, gdy nic od Ciebie się nie dowiaduję. Bywaj! Twój "niezapom. kolega WPa
Maniu! jeśli masz jakieś zdjęcia to podaruj mi, staraj się, dobrze? "



PASZKOWIE:
EWA( z domu  Donocik, córka Jerzego i Jadwigi zd.Kieloch))  +   FRANCISZEK(syn Mateusza i Teresy)
*córka nn     *córka nn    *córka nn     * Henryk      *Jan    *Władysław (ż. Maria zd.Francuz)  *Bronisława
**Zygmunt **Mieczysław **Maria (m.Leszek Kieloch) **Stanisław** Krzysztof
***Dorota *** Barbara (m.Michał)
 ****Jan ****Jagoda

niedziela, 26 lipca 2015

Z listów Władzia do Marysi - w przededniu wojny

Listy związane złotym sznurkiem, z plastikową, czerwoną różą zatkniętą mimochodem...





Miłość rozkwitająca u progu II wojny światowej, naturalne pragnienie, by Ukochana znała nie tylko tęsknoty rozpalonego serca, ale i każdy, najdrobniejszy nawet szczegół życia Ukochanego...
Dzięki spotkaniu dwojga ludzi możemy poznać świat z perspektywy zwykłego człowieka, bystrego obserwatora aktualnej sytuacji społeczno - politycznej, przybliżającego nam realia w przededniu straszliwej pożogi, w listach do Ukochanej...


 Cieszyn 3 maja 1939.
Najdroższa Marysiu!! 

     Przed chwilą dopiero wróciliśmy z defilady trzecio-majowej to też miło mi będzie pisać do Ciebie Marysiu, by opowiedzieć Ci w kilku słowach o dzisiejszej uroczystości w Cieszynie. Szkoda że nie byłaś tu sama by zobaczyć a mówię Ci, że było co oglądać. Z rana nie zapowiadało się ładnie - padał deszcz, chwilami zamieniając się w ulewę. Koło godziny 10 jednak chmury zaczęły się jakoś rozstępować, ukazało się słońce, ukazała się cała przyroda majowa, zwiastując wielkie święto Polaków.

   Przy dźwiękach hymnu narodowego wyprowadza podchorążówka jako kompania chorągwiana chorągiew 4P.9P. Następuje powitanie a potem odmarsz do kościoła parafialnego na mszę św. Przed kościołem następuje raport, formowanie w dwószereg i  tak z bronią u nogi słuchamy rozpoczynającego się nabożeństwa. Po chwili z wieży kościelnej sygnał zapowiadawczy - to Ewangelia na stopniach ołtarza - a przed kościołem komenda:
"Baczność - na ramię broń - prezentuj broń!" I podobnie przy podniesieniu a potem błogosławieństwie. Żywiołowa pieśń "Boże coś Polskę" kończy uroczystość kościelną. Formujemy czwórki i ruszamy na miejsce na miejsce zbiórki wojska biorącego udział w defiladzie.
        Ulica Marszałka Piłsudskiego, biegnąca z Cieszyna Zachodniego poprzez Olzę do Cieszyna Wschodniego jest udekorowana w flagi państwowe, zobydwóch stron zalegają ulice  niezliczone tłumy młodzieży i starszych. Zaś w połowie drogi wstawiona jest trybuna, z której za chwilę będzie odbierał defiladę dowódca pułku wraz z przedstawicielami władz cywilnych. Pod trybuną wstawia się orkiestra bo już za kilka minut ruszy potężny pochód...

          Żałuję, że nie mogłem widzieć wszystkiego, bo trza było stanąć do szeregu. Jeszcze chwilę czekaliśmy aż wreszcie sygnał trąbką: To znak do wyruszenia. Z dala już doszedł nas odgłos orkiestry... potem już dostosowujemy krok do muzyki...i już jesteśmy 30 m. od trybuny. Aż ciarki przeszły po ciele, gdy padła komenda: "Baczność - defilada w prawo!" Trzeba przyznać, ze bractwo dołożyło się na ile tylko było stać no i kompania nasza, rozpoczynająca pochód wojsk została powitana hucznemi oklaskami widzów.
            Ale wszystko trwało zaledwie kilka minut. Minęliśmy trybunę i dalej już swobodnym krokiem pospieszyliśmy w stronę...koszar. 
            Muszę Ci się Marysiu pochwalić, że otrzymaliśmy pochwałę za ładne defilowanie i na to konto mieliśmy wolne potem aż do wieczora 9 -godz. Także akademia, którą urządzaliśmy udała się - szczefgólnie nasz chór podchorążacki godnie się spisał swoim polonezem Chopina.
                


Ale czy zainteresowałem Cię Maniu naszą uroczystością? Wątpię - mimo to jednak opisałem Ci ją, bo to był może jeden dzień w wojsku, który będę długo pamiętał.
                 Nadszedł teraz piękny miesiąc maj , którym jesteś pewnie Maryśko zachwycona. Codziennie możesz chodzić na majówkę i przy tej sposobności odrywasz się na chwilkę od jednostannej, bez żadnego urozmaicenia pracy. Wiem, jak to przyjemnie było! Z wieży kościelnej  pewnie rozlega się i w tym roku pieśń Marii, która jakby zwołuje wszystkich do oddania hołdu swej opiekunce.  Marysiu - bądź dumna ze swego imienia bo to imię wszędzie będzie Ci osłodą i będzie twoim celem życiowym.
          I rozrzewniłaś mnie Marysiu gdy wspomniałaś mi w ostatnim liście o naszych spacerach po nabożeństwie majowym. Miło nam było przebywać z sobą, razem podziwialiśmy majowa naturę, wolni od wszystkich trosk i kłopotów.W tym roku nie możemy razem się cieszyć bo jesteśmy zdala od siebie. Ale gdyby nie to, może bylibyśmy jeszcze więcej z sobą związani niż dawniej - a dlaczego? zgadnij? A jak będzie w przyszły maj Marysiu? Bóg da, to wszystko pójdzie po naszej myśli lecz jeśli czasy będą ciągle tak naprężone jak obecnie. Słuchałaś  pewnie ostatnią mowę naszego sąsiada zachodniego, który w sposób zbyt brutalny omówił swe stanowisko względem Polski. Sadził zaiste iż swoja mową nastraszy serca Polaków a Ci z lękiem będą spełniać jego żądania.Lecz pomylił się - ni jeżeli zechciałoby mu sie urzeczywistnić swe zdecydowane powzięcie: "Danzig ...Deutschland sein" to czeka go to, co, co już nieraz Niemcy od Polaków w czasie dziejów otrzymali.  Hitler chce być pionierem pokoju w Europie a jest może jedynem czynnikiem, który powoduje ciągłe wichrzenie i grozę wojny wśród narodów. Zapomina o tym, że tacy jak on istnieli już w historii świata ale żaden z nich nie dopiął celu, bo na krzywdzie innych nie można budować własnej potęgi.
              Miejmy jednak nadzieję, ze ta "wojna dyplomatyczna" która się obecnie toczy uspokoi się, może dyplomaci zrozumieją, że wojna dzisiaj to upadek Europy pod każdym względem.
                 Skończyłem pisanie  trochę nie na nasz gust bo cóż my mamy myśleć o takich rzeczach lecz i o tym nie trzeba zapominać. Żegnaj moja Maniu.
Władek


Maniu - może zobaczymy się w którąś niedzielę w maju bo już niezadługo wyjeżdżamy na obozy.
[zgodne z oryginalna pisownia - B.M]