/swojana/

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cz.8. Kielochy. Emil idzie do szkoły. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cz.8. Kielochy. Emil idzie do szkoły. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 września 2012

Emilek idzie do szkoły, czyli trudności "rasowego nordyka"


    "Rasowego nordyka", Emila zaprowadzono do szkół zbyt wcześnie. Paweł, jego ojciec zadecydował, że niespełna sześcioletni chłopiec powinien się uczyć. Z umieszczeniem Emila w szkole nie było żadnych problemów, bo Kieloch, jako swojak, udzielał się zarówno w Radzie Szkolnej, jak i w innych społecznych przedsięwzięciach. Należał do elity tutejszej społeczności, a to dawało więcej możliwości.
            Emil nie był szczęśliwy. Nie potrafił odnaleźć się w szkole, co po latach uzasadniał przynależnością do rasy nordyckiej, która według przestudiowanych przez niego źródeł, rozwijała się wolniej, niż inne rasy:) (teraz już wiem, dlaczego czasem "załapałam" pałę! - przyp.B.M). To zresztą wpłynęło nie tylko na trudną adaptację, ale i niskie noty, które uzyskiwał u progu swojej edukacji. Barierą, która również wydawała się nie do pokonania, był język. W domu posługiwano się przecież gwarą cieszyńską, zaś w szkole obowiązywała poprawna polszczyzna. Co prawda za sprawą Kościoła, nauczycieli, działalności towarzystw oświatowych, dorośli starali się: 
"dycki rządzić fajnisie jak farorze w kościele, rechtorczyki w szkole a nie fórt tak jak im dziób wrós", co oznaczało, że należy starać się mówić jak osoby wykształcone.
Jak trudno było wpasować się w narzucone przez szkołę ramy, obrazuje pewne wydarzenie, które należało do najwcześniejszych doświadczeń Emila:
"Któraś z nowoprzyjętych dziewczynek wyszła nagle z ławki i skierowała się ku drzwiom.
-Dokąd idziesz?" - zapytał się nagle opiekun klasy Piesko Leopold
-Srać-odparła dziewczynka
Dzieci przyjęły tę odpowiedź w zupełnym milczeniu, choć nauczyciel wyraźnie się uśmiechnął" (E.K)
Język stosowany potocznie nikogo nie bulwersował. Tak się po prostu mówiło, natomiast egzotykę stanowił język literacki, jak i stosowanie pewnych form grzecznościowych. 
        Progi Austriackiej Szkoły Ludowej w Dziedzicach przekroczył Emil 15 września 1903 roku. Od tej chwili biegał codziennie na zajęcia szkolne, które odbywały się przez pięć dni w tygodniu w budynku położonym pomiędzy kapliczką Machaliców a Domem Pruskim. Początkowo nie interesował się w ogóle nauką i z tęsknotą wyglądał przez okno. Czasem mazał niewyraźnie rysikiem po tabliczce. Nauczyciel Piesko nie upominał go i nie karał. W dowód sympatii Emil podarował mu kiedyś serce z piernika.
        Zajęcia rozpoczynały się i kończyły modlitwą. Dostosowane były do kalendarza prac rolnych. Godziny lekcyjne zmieniały się w okresie wykopków lub też wprowadzano dodatkowe ferie. W szkole stosowano rozmaite kary służące dyscyplinowaniu uczniów. Emil dostał kiedyś "klapsa na łapę", ale był to stosunkowo łagodny wyrok w porównaniu z "bąckami" pięścią w plecy, pociąganiem za uszy, klęczeniem na stopniu, biciem tczcinką, które wymierzano w gabinecie dyrektora szkoły. Nieszkodliwe, a nawet przyjemne było stanie pod tablicą, czy w kącie. Na lekcjach należało siedzieć spokojnie, prosto, z rękami na ławce. Parę razy Emilowi zdarzyło się ponieść karę za jakieś występki, ale profilaktycznie nie przyznawał się do tego w domu, bo rodzice ukaraliby go jeszcze dotkliwiej. Bał się panicznie ich reakcji.
W drugim semestrze I klasy wyniki chłopca poprawiły się. Najgorzej radził sobie z pisaniem. Tak naprawdę rodzice byli zadowoleni, że w ogóle uczęszcza do szkoły, natomiast nikt nie kontrolował jego postępów w nauce. Skrupulatnie to wykorzystywał i nie uczył się.  Jedyną osobą, która przepytywała go z rachunków i zamieniła kilka słów z uczniem, był odwiedzający gospodarstwo Kielochów ksiądz Ludwik Wrzoł, wuj Emila. Przywoził wtedy ze sobą słodkości, na które niecierpliwie czekały wszystkie dzieci.
        W II klasie Emil otrzymał  aż 11 ocen dobrych, a dwie bardzo dobre - z obyczajów i pilności. Wychowawcą został wtedy Władysław Górnikiewicz. Niestety chwilowy wzlot Emila, zakończył się ponownym  "dołowaniem" w klasie III. Widocznie znów dała o sobie dać nieszczęsna rasa nordycka...:)
Księża Wrzołowie - bracia Marjanny Kielochowej, wujowie Emila
     W szkole, która funkcjonowała na terenie monarchii habsburskiej, oficjalnie nie nauczano historii Polski. Wszyscy nauczyciele byle jednak Polakami i przekazywali wiedzę o ziemi ojczystej w sposób zakamuflowany.
         W 1908 roku Paweł Kieloch wraz z Ludwikiem Wrzołem podjęli decyzję o zapisaniu chłopca do szkoły wydziałowej w Bielsku na Zennerbergstrasse. Ze względu na brak znajomości  niemieckiego, Emila umieszczono na stancji w rodzinie stróża szkolnego - Schafera, gdzie miał nauczyć się podstaw tego języka: "człowiek, który nie znał tego języka uchodził za zdolnego tylko do łopaty"(E.K). Przez rok uczęszczał do szkoły ludowej, ale po roku został sklasyfikowany i przyjęty do I klasy Offentliche Knaben - Burgerschule in Bielitz (Męska Szkoła Wydziałowa w Bielsku).
Pierwszy rok był bardzo trudny dla chłopca wyrwanego z wiejskiego środowiska:
"mówiącego obcym zupełnie niezrozumiałym językiem takim "hołdy bołdy" i hołdującego zupełnie innym niż my wsiowi zwyczajom i obyczajom".(E.K)
Koledzy wyśmiewali go i uważali za dziwaka, mimo że nie wyróżniał się ubiorem i tak jak reszta nosił białą popelinową koszulę ze sztywnym kołnierzykiem i motylkową krawatkę.Nauczyciel- Niemiec- choć miał pozornie obojętny stosunek do nowego ucznia, nie omieszkał uderzyć go kiedyś za to, że "pisał brzydko i z plamami"(E.K) Ciężkie to były dni dla osamotnionego chłopca pozostawionego na łasce obcych ludzi: "burza kpin rozwydrzonych kolegów rozpętała się nade mną"(E.K)
Stopniowo przystosował się do życia szkolnego. Zrezygnował ze stancji u Schaferów i dojeżdżał do szkoły z Dziedzic. W tym czasie Polacy mogli uczęszczać do polskiej szkoły wydziałowej w Białej, więc w pociągu  nawiązywał znajomości z chłopcami pochodzącymi z różnych miejscowości Śląska Cieszyńskiego: z Pruchnej, Zebrzydowic, Czechowic. Emil czuł się coraz bardziej pewny siebie, nabrał trochę życiowego "szlifu" i nauczył się rozmawiać z różnymi ludźmi. Poczucie własnej wartości przybierało takie oto wymiary:):
"No cóż, "brzydkie kaczątko" wyrosło wprawdzie nie w wspaniałego ptaka[...] ale w każdym razie w normalnego względnie ładnego ptaka"(E.K)
To dobre samopoczucie towarzyszyło mu później przez całe życie. Być może dlatego przetrwał wszelkie życiowe burze. 
         Naukę w czwartej klasie odbył w ewangelickiej szkole wydziałowej w Białej, gdzie się przeniósł. Okazało się, że panuje tu o wiele lepsza atmosfera, a poza tym przywykł już do środowiska młodzieży niemieckojęzycznej i czuł się w nim całkiem swobodnie. Cenił sobie zwłaszcza zajęcia z dyrektorem Zipserem, który wykładał literaturę niemiecką. Nauczyciel ten pobudzał uczniów do twórczego myślenia i proponował ciekawe tematy rozważań literackich,  jak choćby "Motyl jako symbol nieśmiertelności duszy". 
           Szkoła ewangelicka miała tę dobrą stronę, że nauczano w niej też języka polskiego. Do uczniów odnoszono się z szacunkiem i stosowano zasadę tolerancji, mimo jej funkcjonowania w ramach monarchii austro-węgierskiej.

Niedługo miała wybuchnąć I wojna światowa, ale Emil nie zdawał sobie jeszcze sprawy, z tego co dzieje się w Europie. Póki co, wyszedł poza ramy maleńkich Dziedzic, poszerzył swój świat o Bielsko i Białą. Gdyby wiedział, ze niebawem spotka się w Ostrawie z Gustawem Morcinkiem, a nieco później, we Włoszech nie będzie się mógł nadziwić urodzie włoskich kobiet...ale o tym już w kolejnych odcinkach naszych opowieści rodzinnych.
Niezwykle pasuje mi do czasów dorastania Emila na początku XX wieku,  piosenka Jaromira Nohavicy. Szczególnie porusza mnie zawsze ostatni wers:"ještě že člověk nikdy neví co ho čeka.